GĘBA PEŁNA GWOŹDZI 
Głos Szatana podczas srania

Wtorek, Wrzesień 20, 2022, 14:05

Wspomnienia 1985-1990

Będzie jakieś 37 laty jak pierwszy raz pojawiłem się na schodach Zespołu Szkół Huty Warszawa. W szkole podstawowej uczyłem się średnio, najgorzej odnajdywałem się w przedmiotach ścisłych. W wieku piętnastu lat trzeba było podjąć decyzję, co dalej robić w życiu, a że najbardziej lubiłem jeździć na rowerze i jak każdy nastolatek

walić konia, więc ciężko mi było sprecyzować drogę dalszej mojej edukacji. Ani z jednego ani z drugiego nie było wówczas pieniędzy, ani szkoły średniej walenia konia, ani też specjalnie nie miałem sprecyzowanych marzeń. Z klubu sportowego Polonia odpadłem na własną prośbę po pierwszym treningu z udziałem mojej kolarzówki. Raz, że niewerbalnie odczułem, że to śmieszne mieć szybkościomierz na rowerze, a dwa, że mój rower był trochę przyciężki. Kiedy na Kępie Potockiej niedoszli koledzy mnie zdublowali po drugim okrążeniu, odkryłem, że moje powołanie leży gdzieś indziej, ale za bardzo nie wiedziałem gdzie i odbiłem oddając się szarży ulicami Warszawy mając przecież już dwa lata kartę rowerową i doświadczenie w jeżdżeniu ulicami, choć moi rodzice myśleli, że jeżdże wokół trzepaka. Bardzo lubiłem swój rower, kolarzówkę kupioną w okresie niedoborów, kurwa, wszystkiego, przez tatusia w pawilonach na Marszałkowskiej jako super wyścigówka- mój fatalny wybór pomiędzy komputerem ZX Spectrum a rowerem. Dziś byłbym nikomu nieznanym informatykiem podobnie jak kolarzem, ale szanse zaistnienia miałbym znacznie większe i korzyści również większe. Przynajmniej nie męczydupiłbym kolegów, aby mi wgrali Windowsa 95 do mojego komputera 486 za pierdyliard pierdylionów złotych polskich.

I tak to się wszystko zbiegło, te wszystkie ważne decyzje, które człowiek musi podejmować, kiedy jest kretynem. Dlatego nie mając odpowiedniej bazy danych podpartej przekonującymi dowodami, chociażby teoriami, nawet tymi wyssanymi z dupy, poszedłem na łatwiznę i dałem się pokierować słowami tatusia- idź do szkoły hucianej, zawsze czegoś się nauczysz, a potem przyjdziesz do mnie na stalownię i się jeszcze więcej nauczysz. Technikum było szkołą męską, raczej dziewczyn tam nie było, a jak były to konkurencja była zbyt silna. Lepiej byłoby pójść do liceum, ale z moimi ocenami między niedorozwojem, a tępakiem ryzykowne było porwać się na taką szkołę, chyba, że wieczorowo. Wszak pani psycholog na badaniach stwierdziła, żebym poszedł do zawodówki, bo ze mnie nic nie będzie, tylko albo kierownicą kręcić albo rowy kopać, przy melioracji pewnie myślała. Nie! Kurwa! Tylko nie to! Rodzina inteligencka, mama po studiach, tato po studiach, a ja do rowu...Wykwalifikowany operator ręcznego narzędzia przekopowego. Idę do technikum!

W owym czasie, a mówimy o roku 1985 już był pewien ranking szkół i nie tylko Batory czy Sępołowska, ale wśród szkół technicznych też. Na przykład samochodówka na Stawkach stała wyżej w rankingach niż na Włościańskiej. A elektronik na Zajączka stał jeszcze wyżej niż wszystko co mogło być, a szkoła huciana nie wiem czy w ogóle się w ranking łapała. Ale mi to pasowało, bo nigdy nie kierowałem się prestiżowymi wyznacznikami. Wiosna w pełni, słoneczko, a ja stałem na schodach do wejścia do szkoły i czekałem na egzaminy wstępne. Pierwszego dnia był egazamin z języka polskiego, prowadził go pan Jagodziński. To nie było trudne, nigdy nie było, aczkolwiek w olimpiadzie z polskiego nigdy nie uczestniczyłem, ewentualnie mógłbym w dożynkach z polskiego, ale takich nie było. Nie ma się co śmiać. Dzisiejsi ludzie na najważniejszych stanowiskach w Państwie nie zaliczyliby nawet takiego dożynkowego konkursu. Kolejny dzień to matmatyka- egazamin prowadził pan Czesław Irek i kiedy objaśniał podyktowane zadania oświeciło mnie, że zaczynam rozumieć matematykę! Już na samym egazaminie atmosfera przestała być spięta, uśmiech pana Irka i cała jego osobowość pozwoliła bez strachu wziąć się za rozwiązywanie zadań. Zacząłem też rozumieć, że ta szkoła jest szkołą specjalną, ale nie w sensie o indywidualnym trybie nauczania, ale magiczną, jednak co za tym się kryje, trzeba było odkryć, a wcześniej pojawić się we wrześniu w nowej klasie.

Zapisywałem się do klasy elektrycznej i w takiej się pojawiłem. 1A, a moją wychowaczynią była pani Zofia Handzlik, pani od fizyki. Moja klasa przedstawiała się całkiem fajnie, sporo było chłopaków z Wawrzyszewa, kolega z Legionowa, a reszta z Woli i mój przyjaciel z tej samej podstawówki, też syn huciarza. Sala 109 była naszą klasą. Imponujące były przesuwne wielkie tablice, mnóstwo pomocy dydaktycznych, na ścianach plansze tematyczne, urządzenia, przekroje maszyn, zdjęcia, informacje. I tak prawie, że w każdej sali przedmiotu specjalistycznego włącznie z najbardziej czaderską salą 110 - salą historyczną, która stylizowana była na jakąś średniowieczną grotę czy zamek z różnymi herbami jak pamiętam. Świetnie wyposażona była sala chemiczna, ze stołów wychodziły jakieś rury, najpewniej z gazem, ale nigdy ich nie używaliśmy. Przeważnie korzystaliśmy ze zlewozmywaka myjąc szklanki po kawie. Była spora sala gimnastyczna i wielkie boisko, a jak się okazało również był klub gokardowy, a co najważniejsze, była też kometka. Na starych zdjęciach widzieliśmy, że był też szkolny zespół rockowy. Czad!

Okazało się w pierwszej klasie, że zostaliśmy wybrani do uczestnictwa w chórze. Miałem już doświadczenia w szkole podstawowej kiedy pan Ploch organizował uroczystość nadania imienia szkole 293 Jana Kochanowskiego. Wóczas odpadłem po pięciu minutach z chóru, jako najsłabsze ogniwo fałszujące ponadmiarę. Za to załapałem się do parzenia grzałką herbaty dla pana nauczyciela. Tu nikt mnie o dziwo z chóru nie wyrzucił, a pan od chóru, wyjątkowy pan Maestro, uczył nas dość nieskładnie pięknej piosenki na melodię do filmu "Stawka większa niż życie". Nie szło w tym harmiderze niczego porządnie zaśpiewać, bo o ile szkoła specjalną nie była to moja klasa i owszem- specjalnej troski. Więc co chwila ktoś przerywał, bo nie wiedział co to znaczy wisówczęk, więc pan od chóru Maestro śpiewająco tłumaczył, że to chodzi o pistolety VIS, że częk się śpiewa, a rozumie się szczęk, bo te pistolety wydawały taki odgłos i tak w nieskończoność. Nie wiem czemu, ale nagle skończyły się zajęcia chóru i pana Maestro nigdy już nie spotkaliśmy.

Był taki czas, że nikt z ziemi nie zebrał zbóż
I ptak żaden nie szukał juz miejsca dla swych gniazd
Był taki czas kiedy oczom zabrakło łez
I nie pytał nikt, jak to jest, tylko ściskał pas
I wisów szczęk grał do tańca, do tańca grał
I pryskał lęk, stawkę każdy znał...

Szkoła miała mnóstwo korytarzy, w których na początku nie umiałem się rozeznać. Centralnym miejscem było popiersie patrona szkoły Władysława Gomułki "Wiesława" wielkiego budowniczego Polski Ludowej, postaci wcale nie tak złej jak się go wyśmiewa obecnie, choć odrobinę specyficznej. Zaraz obok był pokój nauczycielski. Schody na parter i dalej do szatni. Wejść też było kilka, bo i przez warsztaty, przez salę gimnastyczną i jeszcze kilka wejść by się znalazło oprócz frontowego. Dość szybko zaprzyjaźniliśmy się z paniami w gabinecie lekarskim. To były wspaniałe panie- pani lekarka i pielęgniarka zawsze uśmiechnięte i wyrozumiałe i tak po prawdzie wielu uczniów przychodziło tam w odwiedziny czy powiedzieć dzień dobry. Były bardzo lubiane, a wiedzieć trzeba, że uczniowie tej szkoły nie należeli do najłatwiejszej młodzieży. Największe bandziory pokornie przychodziły do gabinetu przypominając sobie słowa dzień dobry, dziękuję, przepraszam. Sam wielokrotnie odwiedzałem gabinet, to aby się zważyć, to zamienić kilka słów, a to dostać zwolnienie z lekcji. A i kiedy było się chorym, również przychodziło się do pani lekarki. I my te nieogary w kapciuszkach z plakietkami z nazwiskiem żeśmy po tej szkole szurali korytarzami często właśnie do gabinetu lekarskiego.

Pierwsze zajęcia przedmiotów technicznych nie należały do najłatwiejszych. Podstaw elektromechaniki uczył przybyły z Politechniki Warszawskiej pan Sadoś- był mistrzem mazania po tablicy wykresów, wzorów i wydawało się, że wszystko co mówi jest takie oczywiste tylko ja nic z tego nie rozumiałem. Bardziej opierałem się na abstrakcyjnej nauce, bo kompletnie nie wiedziałem o co chodzi w tym wszystkim. Jakie falowniki, jakie tyrystory!? Ale wystarzyło mieć ściągawkę z wzorami, nauczyć się definicji i jakoś przeszło. Najciekawszym momentem lekcji, a mieliśmy dwie godziny każdego ranka, to jedzenie kanapek na drugiej godzinie punktualnie o dziewiątej i.. wiosłowanie. Siedzieliśmy w dwóch rzędach przymocowanych do podłogi ław trzyosobowych i kiedy pan Sadoś odwracał się do tablicy tłumacząc jakieś zagadnienia, cała klasa wiosłowała niewidzialnymi wiosłami na niewidzialnej rzece. A kiedy odwracał się do nas, wszyscy zamierali. Kiedy wiosłowanie robiło się już nudne, nastał czas robienia z kartek samolotów i znow kiedy pan Sadoś odwrócił się do tablicy, po klasowym niebie klasy latały wszelkiego rodzaju MIGi, IŁy, Sztukasy czy Messerschmidty. Pewnego razu jeden z nich wylądował u pana Sadosia na biurku. Wszyscy znów zamarli. I kiedy odwócił się do nas nie przestając tlumaczyć, po prostu przełożył samolocik z dziennika na bok i dalej prowadził wykład. Nigdy specjalnie się z nim nie zżyliśmy, ale chłopaki z klasy B, których był wychowawcą mówili, że to w porządku gość.

Naszą wychowawczynią była, jak już wspomniałem pani Handzlik, o której mówiliśmy Zośka. W ogóle w naszej klasie o większości nauczycieli mówiliśmy między sobą po imieniu, ale nie było w tym nic z braku szacunku czy lekceważenia, a bardziej bliskość, bo w tej szkole nauczyciele byli autentyczni, wtopieni razem z nami w życie szkoły, w problemy każdego z nas i niesamowicie cierpliwi i wyrozumiali. I taka też była nasza wychowawczyni, choć czasem doprowadzaliśmy ją na skraj rozpaczy. Zarzekała się później, że już więcej klasy nie weźmie na wychowawstwo, że jesteśmy diabły przy jej klasie z innej szkoły. Robert, który notorycznie na każdej lekcji siedząc w ostatniej ławce z kimś rozmawiał po cichu. -Przestań buczeć! - odwracaliśmy się do niego, kiedy było to nie do wytrzymania. Miliardy głupich dowcipów jakie chłopaki z naszej klasy robili, a to Piotrek zwalił ze ściany gaśnicę, która obsypała proszkiem całą salę, a to skargi nauczycieli, a to jakieś absurdalene wygłupy od pinezek na krzesłach po latające plecaki przez okno. Znowu ktoś Zbiesiowi rozciągnął szalik. Na sprawdzianie z fizyki miałem przygotowaną specjalną ściagawkę i udawałem, że coś z ręki przepisuje. Pani Handzlik podbiegła, zabrała ją i czyta: kostka masła, cztery jajka, mąka, woda, ciasto ugnieść i zrobić placki. Raz na zastępstwie z rosyjskiego poszliśmy z nauczycielem grać w piłkę. Ja nie grałem, bo nie lubiłem, ale reszta przyszła spocona na lekcje wychowawczą z Zośką i jak to? Lekcja rosyjskiego, a my w gałę rżniemy! Co to jest, kto pozwolił? - i takie tam wzburzenie naszej wychowaczyni. W końcu podniosłem rękę i zapytałem się,: - A pani nie ma większych problemów? - Przyjdź z ojcem! - padła odpowiedź.

Innym razem włosy miałem za długie i to był powód, abym znów przyszedł z ojcem. Poszedłem więc na pętlę tramwajową, jadę do domu, dziwnie tak, bo to jedenasta. Ojciec pewnie się wkurwi, bo z nocnej zmiany przyszedł i śpi to musze go obudzić. Przyszedłem, obudziłem, wsiadamy w Zastawę, jedziemy. Lekcja wychowawcza jeszcze trwała, wchodzę ja, wchodzi mój tatuś, aby wysłychać uwag o moich długich włosach, a mój tatuś... miał włosy jeszcze dłuższe od moich... Akurat zadzwonił dzwonek na przerwę, Zośka tylko tyle mogła powiedzieć, że dobrze się uczę. Odprowadziłem tatę do samochodu, ten się pyta:- A co ona ode mnie chciała? - Nie wiem, tatuś.

Czasami jak było jakieś święto byliśmy w szkole jak w Dzień Nauczyciela, lekcji nie było, ale jakoś czas trzeba było spędzić, więc ktoś przynosił magnetowid i oglądaliśmy za każdym razem film z Valem Kilmerem "Top Secret", ale jeszcze w starej wersji tłumaczeniowej, kiedy to było naprawdę śmieszne tłumaczenie, a nie jak później wszystko spierdoliła Elżbieta Gałązka w oficjalnym wydaniu filmu. Jak ktoś kojarzy to tłumaczyła Anal Intruder jako odbytnik, kiedy powinien być odbytniczy intuz! Rozłożyła całe tłumaczenie. I my tak oglądaliśmy kolejny raz ten film, a potem milion razy opowiadaliśmy sobie sceny i naśmiewaliśmy się w kółko z tego samego znając calą listę dialogową. A że był to początek filmów na VHS nie każdy miał dostęp do nich to nasz kolega, Kowal, ciągle jakieś filmy oglądał i ciagle na przerwach je opowiadał i robił to tak kapitalnie, że później, jak się oglądało ten film, to wszystko leciało tak, jakbyśmy już ten film widzieli. Wielki talent. Wielki talent do opowiadania kawałów miał Michał, nazywaliśmy go Burczyk. Pluł jak mówił, więc zawsze zasłaniał usta ręką jak tylko powiedziało mu się: -Burczyk, powiedz jaki kawał. I on natychmiast zaczynał i jeden leciał po drugim i, a znacie to? i dalej kolejny tak, że wszyscy się ciągle śmiali nawet jak nie skończył opowiadać kawału. Brzuch bolał od śmiechu. To była zawsze końska dawka kawałów.

Z okazji dnia wiosny cała klasa uciekła ze szkoły. Było to chyba w czwarej klasie. Wielka afera się zrobiła i za karę musieliśmy przyjść w sobotę i sprzątać chodnik prowdzący do szkoły wzdłuż ówczesnej ulicy Pstrowskiego. Pilnował nas Czacha, pan Sawicki, dyrektor szkoły. Nic z tego sprzątania nie było, bo jedni zamiatali z chodnika na ulicę, a drudzy z ulicy na chodnik. Część piachu taczką się wywiozło i jakiś efekt był. Pan Sawicki był wspaniałym dyrektorem i pedagogiem. Nie mieliśmy z nim zajęć, ani z panią Sawicką, jego żoną. Mieliśmy do niego ogromny szacunek, który wynikał z jego umiejętności rzeczowej dyskusji, wymagał dyscypliny i dobrego zachowania, był bardzo sprawiedliwy i wyrozumiały, nieco oschły, ale często się uśmiechał. Wiele osób zawdzięcza mu życiowy start dzieki maturze zdanej pod jego nadzorem. Ta szkoła uczyła również tego, że w życiu należy być również miłym i kulturalnym, że dzięki temu można załatwić, ugrać dużo więcej niż awanturując się. Że kultura osobista to wizytówka człowieka.

Był też wśród nauczycieli drugi pan dyrektor, pan Bank. Też nie mieliśmy z nim lekcji, ale pamiętam jak kiedyś szliśmy z moim przyjacielem do szkoły ulicą Pstrowskiego, a przed nami szedł pan Bank. Ja mówię do Marka po cichu- Powiedz PKO. - PKO- odpowiada Marek. Wtedy pan Bank się odwrócił i spojrzał na Marka i mówi: -Łyso ci, co? To był bardzo porzadny człowiek, wielokrotnie dochodziły mnie słuchy o wielkim szacunku jakim darzyli go uczniowie. Praktycznie przypadkowych nauczycieli w szkole nie było. Owszem zdarzali się, jak nauczyciel elektryki bez przygotowania fachowego po prostu tak miał dość uczniów, że nie przyszedł więcej do pracy, natomiast reszta nauczycieli nie miała problemu, aby chwycić za mordę trzydziestu chłopa, z których każdy coś miał do powiedzenia przy czym żaden z nauczycieli nie używał żadnych specjalnych środków, warunków, gróźb czy siły. Pani Weinberg od historii, która absolutnie ciekawie prowadziła zajęcia, na których nawet Robert siedział cicho, przenosiła nas w odległe czasy królów, wielkich bitew czy do wieśniaczych chat XIV wieku. Kiedy okazywało się, że nie będzie lekcji z panią Weinberg, bo jest chora, wszyscy byli szczerze zawiedzeni.

Na lekcjach u pana Buraka to już absolutnie nie było szmeru nawet, ale bardziej wynikało to ze strachu. Był bardzo surowym nauczycielem. Na moje szczęście nie miałem z nim zajęć, tylko czasami zastępstwa i wówczas wcale tak groźnie nie wyglądał. Inaczej było na Elektronice u pana Matusiewicza. On czytał książkę, my spisywaliśmy, a razu pewnego Boguś przyniósł stary budzik z dzwonkami i ustawił alarm na trzydzieści minut od rozpoczęcia lekcji. Gdy pan Matusiewicz czytał beznamiętnie książkę, którą przepisywaliśmy, nagle rozległ się dzwonek i my wszyscy wybiegliśmy z klasy na pusty korytarz, a że była to ostatnia lekcja, czym prędzej do szatni po ubrania i wówczas jak zwykle padało hasło: Kto ostatni do dziury ten chuj! - wybiegaliśmy przez boisko byle szybciej do dziury w płocie od strony pętli tramwajowej, a niektórzy, co już przeszli, opluwali siatkę, aby inni się tym ubabrali. Podejrzewam, że gdybyśmy mieli chodzić jeszcze 40 lat tej szkoły, tak i dziś byśmy na to samo hasło biegli do dziury i pluli na siatkę.

W szatni też działy się rozmaite rzeczy. Rozciąganie szalików, wkładanie do butów pomidorów, zaszywanie kieszeni, rękawów, a na przerwach kręcenie wora. Po jakimś czasie człowiek się do tego przyzwyczaił i było to bardzo śmieszne. Dużo śmiechu było też na lekcjach matematyki u pana Irka. Wszyscy karnie po dzwonku na lekcje ustawiali się w dwuszeregu przed klasą i czekali na pana profesora. Kiedy przychodził z dziennikiem lekko się kołysząc mówił: -Czołem uczniowie! A my odpowiadaliśmy gromko: -Czołem telu sorze! Pan Irek otwierał drzwi i mówił: -Zapraszam do światymi wiedzy! i my wchodziliśmy żwawo, każdy zajmował swoje miejsce i czekał czy będzie "taniec szkieletów" czy jednak kartkówka. Taniec szkieletów to był autorski sposób przepytywania uczniów. Większości przypadków "siadaj, dwa!" dostawało się za zbyt wolne wstanie z ławki. A jak już ktoś doszedł do tablicy i coś bazgrał przy zadaniu matematycznym słyszał: "Bardzo dobrze, dobrze, świetnie.. siadaj, dwa! Następny!" Praktycznie przepytanie klasy nie zajmowało więcej niż pięć minut. Podczas kartkówek też nie było nudno. Jak ktoś ściagał z zeszytu, cały zeszyt czy książka wylatywały przez okno z pierwszego piętra. Sacreble bąble!- zwykł nas ostro przeklinać pan Irek, zaś same lekcje były niesamowicie ciekawe i po raz pierwszy w szkole nauczyciel mówił nam, do czego będziemy potrzebować nauczyć sie danej funkcji jak pochodna czy całka. I nawet taki matematyczny osioł jak ja, zaczynałem rozumieć i przestałem się matematyki bać. Dużo też było dyskusji o jego Trabancie i o wykopkach na polu, gdyż za udział można było poprawić ocenę z przedmiotu. Dziś nikt takich rzeczy nie zrozumie, bo świat zgłupiał, natomiast takie podejście odnosiło niesamowitą korzyść społeczną, była to nauka odnajdywania się w życiu, a oceny z matematyki- przecież to nie koniec świata. Jak ktoś jest tępy z matematyki, niech się kształci w czymś co lubi i ma talent, a nikt nikomu problemów w szkole z byle powodów nie robił.

Zawsze wesoło było na zajęciach z języka poskiego w dawnej sali rysunku technicznego czy kreślarskiej. Stoły były kwardatowe, na środku każdego lampa z metalowym daszkiem. Co jakiś czas ktoś uderzał długopisem w daszek, po czym rozlegał się długi i monotonny dżwięk coś jakby dyyyng... Za każdym razem było to bardzo śmieszne. Była też palma, którą przez całą lekcję podlewała ta sama ekipa, a kiedy wylewała się woda, szukali ścierki do wytarcia podłogi. Oczywiście ci, co podlewali, kiedy byli wzywani do odpowiedzi mówili: -Ale proszę pani profesor, ja roślinkę podlewam. I to już zwalniało od odpowiedzi. U pani Rozalki nie było logiki, bywało że codziennie odpytywała tego samego ucznia. Nie było to problemem, każdy podpowiadał, a jeśli trzeba było przeczytać pracę domową, brało się zeszyt kolegi. A woda wylewała się spod palemki. Razu pewnego zostałem wywołany do odpowiedzi, aby przeczytać pracę domową. I faktycznie zacząłem czytać, ale robiło mi się coraz bardziej do śmiechu, bo ja nic w zeszycie nie napisałem i wszystko mówiłem z głowy. Aż w końcu zacząłem sie śmiać i przyznałem, że nic nie napisałem. Dostać dwa, czyli najgorszy stopień wówczas, absolutnie niedostateczny to nie była jakaś rzecz pełna trwogi.

W czwartej klasie po wcześniejszej zmianie nauczyciela z pani Rozalki na pana Jagodzińskego, którego wspominam nienajlepiej, zajęcia z języka polskiego po jego śmierci przejęła pani Markowiak, z którą bardzo się zaprzyjaźniliśmy i niesamowicie cenilismy jej wkład w mój i mojego przyjaciela rozwój intelektualny. Była to dla nas wspaniała okazja do nieskrępowanej wypowiedzi, a pani Markowiak była niezwykle delikatna, umiała nasze wady w zalety obrócić nadając naszym staraniom odpowiedni kierunek. Wielkim zaszczytem dla mnie była możliwość odwiedziń pani Markowiak w jej domu po zdanej maturze. Bardzo sobie ceniłem pracę naszej pani bibliotekarki szkolnej- niestety nie pamiętam nazwiska, nazywaliśmy ją Płaczka, ze względu na głos jaki miała. Oczywiście nigdy nie płakała, tak się od lat przyjęło. To dzięki niej mogliśmy kupić bilety do teatrów, opery, filharmonii i to właśnie dzięki niej miałem możliwość często bywać w warszawskich teatrach, widzieć i przeżywać sztuki teatralne z Tadeuszem Łomnickim, Wojciechem Siemionem, Zbigniewem Zapasiewiczem, Ryszardą Hanin. Sama biblioteka była bardzo bogata, było w niej wszystko co młody człowiek powinien przeczytać, a w bibliotece, podobnie jak i w gabinecie lekarskim obowiązywał słowny Wersal.

Na lekcjach z materiałoznawstwa było całkiem ciekawie, zajęcia prowadził pan Piasta, którego bardzo lubiliśmy. Był wielkim facetem o wielkich dłoniach, bardzo spokojny i budzący respekt. Raz spadł z podwyższenia, gdzie stało jego biurko. Też było zabawnie, jak na starych filmach z Chaplinem. Nie wiele nam trzeba było do śmiechu. Pan Piasta puszczał nam filmy o tamatyce zawodowej z projektora na taśmę. Jakieś przedmioty elektryczne prowadził też pan Wiklak i pan Podsiadlo. Pan Wiklak był facetem niezwykle eleganckim, przystojnym i zapewne wiele bab się za nim uganiało. Pan Podsiadło był starszy, nie uśmiechał się, mało mówił, ale nie robił nikomu problemów, był zawsze w cieniu. Pamiętam, że podczas sprawdzianów panowie wychodzili do kantorka jaki mieli przy sali, wówczas wszyscy wyjmowali zesztyty i książki i żywcem żżynali, a nauczyciele po jakimś czasie jak wychodzili to głośno odstawiali krzesło i głośno tupali, abyśmy pochowali ściągi. Egzamin zawodowy też pamiętam miło. Było 28 pytań, które wcześniej, ale chyba z setkę opracowywaliśmy. Okazało się natychmiast, że są ułożone po kolei i każdy brał swój numer w dzienniku znając już pytania przed egazaminem. Trzeba było pokazać i zaprezentować pracę dyplomową. Ja miałem ładowarkę do akumulatorów (niestety nie naładowała żadnego, spaliła się za pierwszym podejściem), a najbardziej komentowany był drewniany model transformatora, chyba na drewniany prąd. Marek zrobił akustyczny wyłącznik światła. Klaskało się i światło gasło. Pan Wiklak się pyta: A co to jest? -No, akustyczny wyłacznik światła. - Acha.. klaskuś.

Wspomnieć też trzeba, że uczył nas starszy pan, bardzo skromny, niewielkiego wrostu, siwy już. Uczył jakiegoś przedmiotu zawodowego, chyba automatyki. W jakiś zaczarowany sposób wszyscy byli cicho na jego lekcjach. Okazało sie niebawem, że jest to wielki polski wynalazca pan Emil Orechwo. Nigdy sam o tym nie mówił, niczym się nie chwalił, a dowiedzieliśmy się już nie pamiętam od kogo, że jest on już wówczas wpisany w encyklopedii PWN. Natomiast łacha żeśmy darli zawsze z Mikrobiego od zajęć obronnych. Ten emerytowany major był trochę karykaturą samego siebie, ale lubiliśmy go. Był szorstki w obyciu i chyba ciągle hamował się, by nie kląć. Dzięki niemu zainteresowałem się na krótko krótkofalarstwem, jakiś sprzęt był nawet w szkole, ale on chyba nie umiał tego obsługiwać, więc dawał nam telefony wojskowe na korbkę i żeśmy rozwijali druty po korytarzach.

Języków obcych uczyła nas pani Helcyk mocno wówczas zaangażowana w kółko ZSMP, do którego niestety nie należałem. Później uczył nas pan od niemieckiego, którego nazywaliśmy Bleistift. Był starszym panem, zawsze przychodził z neserem do szkoły i raz podejrzeliśmy co on tam miał- kanapkę i jabłko. I chyba skarpetki. Nikogo niemieckiego raczej nie nauczył, znajomość w klasie niemieckiego nie wyszła poza Hande hoch! Nicht Schlissen! Aussweis kontrol, bitte! Języka rosyjskiego uczyła nas pani Sawicka zwana Ewką. Była to młoda i bardzo utalentowana nauczycielka, bardzo lubiłem zajęcia z nią, bo chciałem się uczyć rosyjskiego, miałem dobre podstawy ze szkoły podstawowej, ale średni poziom klasy nie pozwalał na to. Za to, myślę, wszyscy opanowali pisanie daty po rosyjsku.

Osobna kategoria to nauczyciele WF. Co tam się działo w tym ich kantorku... Impreza za imprezą, imieniny, dwudziestolecie pracy, urodziny... Wielcy fanowie piłki nożnej pan Korzuń i drugi nauczyciel co zawsze dawał mi bęcki w ramie jak szedłem do niego po kometkę. Wszyscy grali w piłke, a ja mu przeszkadzałem w rozmowie z kolegami. Bardzo lubiłem zajęcia WF, bo wystarzczyło nałożyć spodenki gimnastyczne na dżinsy, w których wówczas sie chodziło. Nie tak jak w podstawówce kazano mi grać w piłkę, kiedy ja jej kopnąć nie umiem. Ale kiedy pan profesor się wkurwił i kazał grać na sali drużynie melepetów, do której ja się zaliczałem z drużyną piłkarzy, co to mieli taką parę w nogach, że jak jeden kopnął piłkę to się dwa razy od ścian odbijała. Wówczas, w tym nierównym starciu strzeliłem swojego pierwszgo gola, niestety samobójczego, bo mi się strony pojebały, Na szczęście przeżyłem ten mecz i żadna piłka mnie nie zabiła. Gałązka- Polska!!!

Osobny kawałek historii to warszataty szkolne. Najlepiej pamiętam stamtąd pana od spawalnictwa, pana Mędusia. Miał koło sześćdziesiątki, był niekwestionowanym mistrzem spawalnictwa, starał się uczyć nas jak prawidłowo spawać, a od czasu do czasu wołał nas do siebie, kazał znaleźć każdy sobie jakieś krzesło, a sam siedząc przy biurku palił papierosa, którego popiół strzepywał do kawy, którą również pił i opowiadał nam historie, które jedni uważali za zupełnie wymysły, a ja za ciekawe i pouczające. Było więc o tym, że pan Męduś ratował topiącego się konia, a jako, że koń wierzgał, strzelił go w pysk i wyprowadził z wody. Innym razem kolega w pracy dotknął przewodu o napięciu tysiąca pięciuset kV i zaczęło nim rzucać. W odruchu ludzkiej pomocy pan Męduś chwycił kolegę, aby mu pomóc wydostać się z kleszczy prądu i również nim zaczęło rzucać. Szanse były małe by przeżyć, ale pomyślał, że prąd zmienia biegunowość pięćdzesiąt razy na sekundę. Zaczął więc to wykorzystywać rzucając się jeszcze bardziej, dzięki czemu wyrwał i siebie i koledze ocalił życie. Moi koledzy się śmiali z niego i jego historii, ale mi nie było do śmiechu. Pomyślałem, że może kiedyś zrozumiem i zrozumiałem. Pan Meduś w tej historyjce przekazał, że w życiu trzeba się ruszać, zmieniać, uczyć by wiedzieć jak przeżyć. I może faktycznie opowiadał takie cudaczne historie, ale widocznie z każdej cudacznej historii można się czegoś nauczyć w odróżnieniu od robienia młotków pilnikiem dzień w dzień na zajęciach warsztatowych. Ciekawym elementem warsztatów były wyścigi kto więcej oranżady wypije. Wiedzieć trzeba, że Huta Warszawa miała własną produkcję i rozlewnię oranżady. Była bardzo smaczna, gazowana. Zawody polegały na tym, że wygrywa ten, który się nie porzyga wypijając większą ilośc butelek z oranżadą. Pasjonujące wyścigi.

Pasjonujące były również stołowki Huty Warszawa. Do szkoły na warsztaty przywożono wielkie termosy z zupą, jak pamiętam przypominała ziemniaczaną, może kalafiorową i zawsze miała tak zwaną wkładkę regeneracyjną w postaci jajka lub kawałka boczku z niegolonej świni. Zaś w szkole dla uczniów nie było zup, a kajzerki z salcesonem lub pasztetem. Na przerwach ustawiała się kolejka po kubek z kawą Inką i kanapkę. Herbata była dostępna tylko dla nauczycieli. I dla nas w piątej klasie mając już ugruntowaną pozycję na rynku szkolnym, świadectwa z czerwonymi paskami i nieposzlakowaną opinię. Właśnie z taką herbatą kupioną w sklepiku szkolnym przychodziliśmy spóźnieni na lekcje i kończyliśmy kanapki.

W samej hucie było kilka stołówek. Na stalowni, walcowni i może dwie jeszcze. Każda niezależna i każda z innym menu dziennym. Dlatego będąc na praktykach w hucie dzwoniło się wewnętrzym telefonem po stołówkach dopytując o smakołyki jakie miały się pojawić i wtedy brało się talon i jak tylko otwierano stołówkę, my już byliśmy w kolejce po naleśniki, schabowe, mielone, zrazy, gulasz, wszelkiego rodzaju zupy i kompoty. W czasie szkoły każdy z nas zrobił prawo jazdy. Mnie uczył pan Górecki, który był szalenie znerwicowanym człowiekiem i bił mnie po nogach, jak coś głupiego zrobiłem jadąc Maluchem jako kursant. Z tego stresu zdawałem chyba z osiem razy, bo ciągle coś było nie tak. Jak już zaliczyłem teorię to robiłem kardynalne błędy na egzaminie praktycznym. W końcu się udało. W tym czasie zamieniłem też rower na motocykl- starą SHL-kę kupioną na giełdzie na Bemowie za pieniądze jakie dostałem na zakup dżinsów w Pewexie. Nie miałem oczywiście prawa jazdy na motocykl, a jeżdzić uczyłem się w łóżku powtarzajac ruchy rękami i nogami wyuczone od kolegów z klasy. Nauczyłem się wymieniać uszczelkę pod głowicą robiąc ją z tektury i sreberka do pieczenia, poznałem wtedy co to jest Hermetic i budowę motocykla. Nauczyłem się robić zdjęcia i je wywoływać- wóczas czarno białe. Zacząłem podróżować, kręcić filmy kamerą Super8 i tak minął czas aż trzeba było się zastanowić co dalej. Czy iść do wojska czy na studia i co w tym życiu robić. A w życiu lubiłem jeździć na motocyklu i walić konia, więc nic specjalnie się nie zmieniło, znowu musiałem podejmować życiowe decyzje będąc dalej kretynem.

Idąc do szkoły przy hucie, gdzie była też szkoła zawodowa obawiałem się, że będą jakieś gangi, czy coś w tym rodzaju. Nie było absolutnie nic. Żadnych bijatyk, kradzieży czy wymuszeń. Spokojna szkoła dzięki wspaniałej kadrze nauczycielskiej, bardzo doświadczonej mającej wiele lat zawodowych za sobą właśnie w tej szkole. Ostatni raz byłem tam z okazji okrągłej rocznicy szkoły ładnych kilka czy kilkanaście lat temu. Już wówczas mówiło się o możliwości zamknięcia, likwidacji- wydawało się to zupełnie nierealne. Spotkałem wówczas wielu nauczycieli, wszystkim przybyło lat podobnie jak i mi. Spotkałem pana Piastę, pana Wiklaka, pana od WF-u, kilku kolegów z klasy i szkoły. A słowa tatusia: "Idź do szkoły hucianej, zawsze czegoś się nauczysz, a potem przyjdziesz do mnie na stalownię i się jeszcze więcej nauczysz" pzypomniałem sobie po latach, kiedy za dwa dni lekkiej pracy elektryka w remontowanym mieszkaniu musiałem zapłacić 60% swoich miesięcznych zarobków.

W tej szkole nie były aż tak istotne wyniki w nauce, a bardziej to, jak jest się człowiekiem, jakie postepy się robi, jakie cele chce się osiągnąć. Nikomu nie pozwolono nie zdać matury, chyba, że na własną prośbę. Każdemu szkoła, nauczyciele zapewnili pewien bagaż wiedzy na start w dorosłość i wysłali na głęboką wodę. Wielu kolegów zostało policjantami inni pracowali w zawodzie w warszawskim metrze, pozakładali swoje firmy. Niestety jeden z naszych kolegów z klasy zmarł przedwcześnie borykając się z wieloma problemami. Z innymi nie mam konatktu, bo też takie jest życie, że jesteśmy dla siebie jedynie epizodami.

Zapraszam do wspomnień tych, którzy tak jak i ja chodzili do szkołu przy hucie, która jak matka- wszystkich przyjmie.


LINK DO OSTATNICH ZDJĘĆ SZKOŁY

 

Pan Sawicki "Czacha" i po prawej Mikrobi

Pan Czesław Irek

Pan Czesław Irek i jego żelazna pięść, której sam się bał

Pan Zygmunt Wiklak

Pan dyrektor Jerzy Bank i pan Górski po prawej w tle

Pan Adam Sadoś w krawacie w pasy

Pan Rudzki z warsztatów szkolnych

Mikrobi, pan Czesław Irek, po prawej pan Marian Piasta

Pani Zofia Handzlik

Pan Burak

Pani Rozalia

Pani Ewa Weinberg

Pani Ewa Helcyk

Panowie wuefiści

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


free website
built with
kopage